Jakiś czas temu na telefonie wyświetliło mi się przypomnienie wyjazdu do Tajlandii. Wyjazdu wyjątkowego – naszej podróży poślubnej. Początkowo planowałem opisać na blogu tylko jeden krótki fragment tego wyjazdu – nurkowanie na Koh Tao, ale przeglądając fotki z tamtej wycieczki, stwierdziłem, że Tajlandia zasługuje na więcej niż jedno wspomnienie.
Tym wpisem zaczynam więc miniserię opisującą naszą tajską przygodę.
Zatłoczony Bangkok i oaza spokoju po środku
Kilka lat temu byłem już w Tajlandii, ale wtedy Bangkok był tylko kilkugodzinnym przystankiem w podróży. Tym razem plan był nieco inny – w stolicy postanowiliśmy spędzić trzy dni.
Wylądowaliśmy wczesnym popołudniem. Hela, która ma niezwykły talent do znajdowania noclegowych perełek, udowodniła to po raz kolejny. Trafiliśmy na miejsce nieco oddalone od centrum Bangkoku i najpopularniejszych dzielnic hotelowych. Mimo ruchliwej dwupasmowej drogi tuż obok, wystarczyło przejść przez bramę, żeby przenieść się na rajską wyspę – basen, ciekawa egzotyczna roślinność i (co najważniejsze) cisza. Miejscówkę możecie sprawdzić tutaj.
Po krótkiej drzemce i orzeźwiającej kąpieli ruszyliśmy w dzielnicę Bang Bumru – na pierwsze starcie z tajską kuchnią i kulturą.
Nocny Market
Tradycja night marketów liczy sobie wieki i przywędrowała do Tajlandii z Chin. Klimat zrobił resztę – upalne dni naturalnie przesuwają życie na późniejsze godziny, kiedy robi się chłodniej. Do tego dochodzi prozaiczna kwestia: mieszkania w tajskich miastach są zwykle zbyt małe, żeby zmieścić prawdziwą kuchnię, więc gotowanie w domu to rzadkość, a jedzenie na mieście – norma. Nic dziwnego, że nocne markety stały się czymś więcej niż targowiskami. To centra życia społecznego.
Przez wieki markety ewoluowały – do budek z jedzeniem dołączyły stoiska z ubraniami i pamiątkami, a same place stały się miejscem, gdzie po prostu można pobyć. Sercem pozostaje jednak kuchnia i zdecydowanie jest tu w czym wybierać: od pad thaia i owoców morza po owady. Wszystko ląduje w woku albo na grillu tuż przed tobą. Uczta zaczyna się wcześniej, niż myślisz – zanim cokolwiek trafi do ust, słyszysz już syknięcie oleju i czujesz aromat przypraw.
Uwielbiam takie głośne, kolorowe, z pozoru chaotyczne miejsca, które przy bliższym poznaniu pokazują ukryty porządek. Zdjęć prawie nie ma, bo zwyczajnie byłem zbyt zajęty jedzeniem.
Naciągacze w tuktukach
Tuk-tuki to symbol Bangkoku. Trójkołowe pojazdy, których nazwa wzięła się od dźwięku silnika, wypełniają ulice miasta. Taksometrów tu nie uświadczysz, więc cenę ustalasz z kierowcą przed jazdą – świetna okazja, żeby poszlifować umiejętność targowania, bo pierwsza propozycja kierowcy zwykle pochodzi z okolic księżyca.
My tuk-tuka złapaliśmy na postoju niedaleko naszej bazy noclegowej. Po ustaleniu ceny ruszyliśmy w stronę parku Lumphini. Zanim jednak tam dojechaliśmy, dobrowolnie daliśmy się złapać na popularne oszustwo skierowane przeciwko turystom, którego mechanizm jest bardzo prosty: kierowca oferuje przejazd i zwiedzanie najważniejszych atrakcji, a po drodze zawozi Was do sklepów z biżuterią, garniturami lub pamiątkami. W zamian za to dostaje np. bony na paliwo – nieważne, czy „naciągnięty” turysta coś kupi, czy nie.
Nasz kierowca, Mr. Boom, powiedział nam, na czym to wszystko polega i na parę minut wylądowaliśmy w sklepie z tandetną biżuterią. Co prawda nie byliśmy najlepszymi klientami, bo wyszliśmy z pustymi rękoma, ale zrobiliśmy dobry uczynek… no przynajmniej taką mam nadzieję.
Przejazd tuk-tukiem to całkiem niezła zabawa i zdecydowanie warto skorzystać z tego środka transportu przynajmniej raz. W pozostałych przypadkach polecam np. Graba bo jest tańszą i zdecydowanie wygodniejszą opcją.
Od legwanów w Lumphini do bram Chulalongkorn
To największy i chyba najbardziej rozpoznawalny park w centrum Bangkoku – świetne miejsce, żeby odpocząć od zgiełku miasta. Na romantyczny rejs po jeziorze czy weekendowy koncert nie mieliśmy czasu (to może następnym razem), ale poświęciliśmy chwilę na spacer alejkami w otoczeniu egzotycznej roślinności oraz wygrzewających się na słońcu legwanów.
Do następnego punktu naszej wycieczki postanowiliśmy wybrać się spacerem, zaopatrzeni w napoje chłodzące. Dosłownie moment po opuszczeniu parku natrafiliśmy na kampus Uniwersytetu Chulalongkorn – najstarszej i najbardziej prestiżowej uczelni w całej Tajlandii. Oczarowani budynkami widocznymi zza płotu, nadkładając trochę drogi, pokręciliśmy się po dziedzińcu i pomiędzy poszczególnymi wydziałami. Trzeba przyznać, że pod względem architektonicznym uniwersytet zachwycał.
Dom Jima Thompsona
Bardzo ciekawym miejscem na mapie Bangkoku jest niewątpliwie dom Jima Thompsona – weterana wojennego i… szpiega, który po drugiej wojnie światowej zdecydował się pozostać w Tajlandii (no i chyba wszyscy zgodzimy się, że nie ma mu się co dziwić).
Jim miał zbawienny wpływ na tajski rynek jedwabiu, który podupadał ze względu na tańsze zamienniki z Chin (cóż brzmi znajomo, prawda?). Nie chcę zagłębiać się tutaj w całą historię, ale zachęcam do tego, bo jest ona bardzo ciekawa. Warto jedynie wspomnieć o tajemniczym zaginięciu Jima Thompsona. Będąc w Cameron Highlands w Malezji, wybrał się na samotny spacer, z którego nigdy nie wrócił. Fakt tego zaginięcia wiąże się z jedną z największych akcji poszukiwawczych w historii Azji Południowo-Wschodniej. Szukało go ponad pięćset osób i, jak to w takich przypadkach bywa, pojawiły się oczywiście teorie spiskowe o porwaniu, morderstwie, a nawet „dobrowolnym zaginięciu” w związku z działalnością szpiegowską. Do dziś zagadka zaginięcia Jima Thompsona pozostaje niewyjaśniona.
Wracając do domu jako atrakcji turystycznej, to tak właściwie jest to nie jeden budynek, a cały kompleks. Zwiedzać można tylko z przewodnikiem i boso, gdyż w tradycyjnym tajskim domu buty zostawia się na zewnątrz. We wnętrzach możemy zobaczyć pozostawione przez Jima antyki, których był kolekcjonerem, m.in. zabytkowe posągi Buddy, tajskie obrazy na drewnie czy porcelanę z Chin.
Wodne taksówki
Bangkok to miasto kanałów. Turyści zazwyczaj sięgają po Chao Phraya Express Boat, ale my, wracając do naszego miejsca noclegowego, postanowiliśmy skorzystać z bardziej lokalnego transportu. Dojście do przystanku wymagało od nas kluczenia wąskimi uliczkami i czasem miałem wrażenie, że dosłownie przechodzę przez czyjś salon.
Klimat podróży taką łodzią jest unikalny. Na pokładzie możemy spotkać mnichów w charakterystycznych pomarańczowych szatach czy dzieci w podróży do lub ze szkoły – fascynujący fragment życia Bangkoku z dala od turystycznych szlaków.
Wielki Pałac
Kolejny dzień zaczęliśmy od zwiedzania Wielkiego Pałacu, a właściwie kompleksu pałacowego, bo budynków jest tu ponad sto. Należy pamiętać o odpowiednim ubiorze – musisz mieć zakryte ramiona i kolana. Zdecydowanie polecam coś przewiewnego! (Nie, żebym sam założył długie czarne jeansowe spodnie i coś nieco sobie podgotował…)
Na miejscu warto zainteresować się “guided tours”, które w języku angielskim odbywają się kilka razy dziennie. My pojawiliśmy się przy pulpicie, gdzie można było się zapisać na wycieczkę kwadrans wcześniej. Chwilę później podeszła do nas jedna z przewodniczek i zaproponowała, że zabierze na oprowadzanie tylko naszą dwójkę.
Zwiedzanie zaczęliśmy od muralu uważanego za najdłuższy na świecie. Rozciąga się na ponad dwóch kilometrach i przedstawia historię walki króla Ramy z Toskantem, królem demonów. Podobno w każdej scenie artyści ukryli małe niespodzianki. Niestety, dowiedziałem się o tym już po wizycie, więc nie jestem w stanie tego potwierdzić. Jak będziesz mieć okazję, patrz uważnie powyżej i poniżej wysokości oczu.
Przemierzając kompleks, trudno nie zatrzymać się przy Phra Si Rattana Chedi, której elewacja pokryta jest złotymi płatkami sprowadzonymi z Włoch przez króla Ramę V. Według tradycji skrywają się w niej relikwie samego Buddy.
Ciekawym architektonicznym smaczkiem jest Chakri Maha Prasat – budynek wyglądający jak żywcem wyjęty z europejskiej stolicy, ale zwieńczony tajskim dachem. Wspomniany wcześniej Rama V chciał pełnej europejskiej bryły z kopułami, jednak ministrowie się nie zgodzili. Tajowie do dziś nazywają ten budynek "cudzoziemcem w tajskim kapeluszu".
W Tajlandii mają rozmach w tworzeniu posągów Buddy, o czym przekonacie się jeszcze później. Tym razem chciałbym się jednak skupić na małej figurce – mierzącej zaledwie sześćdziesiąt sześć centymetrów, ale chyba najważniejszej w całym kraju. Nie wiadomo dokładnie, kto i kiedy ją wyrzeźbił; wiadomo natomiast, że była powodem wojen między królestwami. Każdy chciał ją mieć, ponieważ wierzono, że przynosi szczęście i dobrobyt całemu krajowi. Trzy razy w roku, na początku każdego sezonu, sam król zmienia złotą szatę figurki.
To oczywiście tylko część tego, co kompleks ma do zaoferowania. Wielkiego Pałacu nie da się opisać w całości w kilku zdaniach – trzeba go po prostu zobaczyć.
Wat Pho – jedna z najstarszych i największych świątyń w Bangkoku
Są miejsca, które robią wrażenie samą skalą, a Wat Pho jest jednym z nich. Kompleks znany jest również jako świątynia leżącego Buddy. Znajduje się tu ponad tysiąc wizerunków, ale to właśnie on – rozciągnięty na czterdzieści sześć metrów złoty kolos – kradnie całe show. Ciekawym detalem są stopy posągu – inkrustowane masą perłową i pokryte stoma ośmioma symbolami buddyjskimi.
Przechadzając się po terenie świątynnym, natknęliśmy się na próbę Khon – tradycyjnego tajskiego tańca. Tancerze wcielają się w postacie z Ramakienu – tajskiej wersji hinduskiego eposu Ramajana. Wykonawcami mogą być wyłącznie mężczyźni i, co widać na zdjęciu, treningi zaczynają się dość młodo. Na moje oko najmłodszy chłopiec miał około ośmiu lat. Pięknie zdobione maski noszone podczas występu jasno określają, kogo odgrywa dany tancerz.
Wat Pho to również dom tajskiego masażu – to właśnie tu założono pierwszą szkołę w kraju, która działa do dziś i przyciąga adeptów z całego świata.
Wat Arun – świątynia świtu
Z Wat Pho do położonej na drugim brzegu rzeki Chao Phraya świątyni Wat Arun najłatwiej dostać się promem, który kursuje co dziesięć minut. Wat Arun zdecydowanie wyróżnia się na tle innych przybytków w Bangkoku. Centralna wieża robi wrażenie już z daleka, ale dopiero z bliska widać, że pokrywa ją mozaika z kawałków kolorowej porcelany, która w słońcu mieni się i lśni. Sama porcelana ma ciekawą historię – pochodzi z chińskich statków, które używały jej jako balastu podczas przepraw między Chinami a Tajlandią. Z nazwą świątyni wiąże się legenda. Król Taksin, płynąc rzeką w poszukiwaniu miejsca na nową stolicę, ujrzał o świcie stojącą tu budowlę i zachwycony widokiem postanowił właśnie w tym punkcie założyć swoje królestwo. Co ciekawe, „Arun" to imię hinduskiego bóstwa świtu.
Zorganizowane wycieczki
Tajlandia to kraj, gdzie zorganizowane wycieczki są niemal tak popularne, jak tuk-tuki. Dla nas ogromną zaletą były cena oraz fakt, że cała logistyka wyjazdu spoczywała na barkach organizatora. Skorzystaliśmy z tej opcji kilka razy i za każdym razem wczesnym rankiem zaczynaliśmy kolejną przygodę. Celem tego wyjazdu były dwa targi: pływający oraz kolejowy.
Pływający targ
Damnoen Saduak Floating Market powstał w połowie XIX wieku, gdy król Rama IV nakazał wykopać kanał łączący główne rzeki w okolicy. Po ukończeniu prac osiedlili się tam robotnicy z południowych Chin, przynosząc ze sobą tradycję handlu wodnego. Targ działa w godzinach porannych i wtedy to kanał zamienia się w barwny spektakl, w którym łodzie ze sprzedawcami mieszają się z łódkami turystów. Targowisko oferuje masę różnorodnego jedzenia oraz pamiątek.
Szczerze mówiąc, ten bazar nie do końca mi podpasował. Dało się wyczuć brak autentyczności. Klientami byli głównie zagraniczni goście i było to widać po cenach. Miałem wrażenie, że wszystko jest tu nastawione wyłącznie pod turystykę – chociażby nigdzie indziej nie widziałem węża, z którym za odpowiednią opłatą można było zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Łodzi było tyle, że więcej staliśmy w korku, niż pływaliśmy.
Mimo wszystko coś w tym jest. Kolorowe łodzie, zapachy jedzenia, ten specyficzny chaos na wodzie – zostaje w głowie. Warto zobaczyć, choć niekoniecznie stawiałbym to na szczycie listy.
Targ kolejowy
Talad Rom Hoop to wyjątkowy targ, który odwiedziliśmy w ramach zorganizowanej wycieczki. Powstał, gdy w XX wieku zbudowano linię kolejową prowadzącą z nadmorskich terenów prosto do Bangkoku. Skoro była to stacja końcowa, miejscowi rozpoczęli handel tuż przy torach – i dosłownie na nich. Stragany rozkładają się między szynami, markizy zwisają nad torowiskiem, a towar leży kilkanaście centymetrów od krawędzi.
Cała atrakcja polega na tym, co dzieje się przed przejazdem składu. Na kilka minut przed jego nadejściem rozlega się sygnał, a sprzedawcy w błyskawicznym tempie zwijają markizy i odsuwają kosze. Już po chwili staliśmy stłoczeni w masie ludzi, czekając, aż lokomotywa przemknie centymetry od naszych nóg. Gdy tylko ostatni wagon znika, wszystko wraca na swoje miejsce – równie szybko, jak zostało zwinięte. W porównaniu z poprzednim bazarem nie miałem tu wrażenia, że wszystko robi się na siłę, żeby zwabić turystów. Mimo ich obecności dało się wyczuć autentyczność.
Co dalej?
Po trzech dniach pełnych emocji wsiedliśmy do nocnego pociągu i wyruszyliśmy na północ. Czekały na nas sanktuarium słoni, wyprawa w głąb dżungli i zupełnie inne oblicze Tajlandii.

