Jak (nie) zacząć pisać bloga przez kilka lat
Myśl o pisaniu bloga narodziła się kilka lat temu. Początkowo tematyka miała być związana z IT i programowaniem, czyli tym, czym zajmuję się zawodowo. Jednak nie do końca mi to grało. Nie uważam się za eksperta w tej dziedzinie – im dłużej pracuję i im więcej wiem, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu. Więc zamiast pisać zacząłem analizować: czy poruszanie jakiegoś tematu po raz setny ma sens? Sam narzuciłem na siebie presję bycia autorytetem, co w efekcie mnie zablokowało. Mam tendencję do zbytniego analizowania rzeczy, a im dłużej to robię, tym szybciej tracę zapał. W tym przypadku finał był krótki: projekt „blog” został porzucony, zanim w ogóle powstało pierwsze zdanie.
Szkocja, whisky i lista życzeń
W kwietniu 2022 roku byłem z moją (wtedy jeszcze) dziewczyną na objazdówce po Szkocji i był to jeden z najlepszych wyjazdów w moim życiu. Było na nim wszystko: degustacja whisky, zamki, noclegi w ciekawych miejscach, morze, mgła, deszcz, krówki i oczywiście jeszcze więcej degustacji whisky. Czyli wszystko, co w tym zakątku świata jest najlepsze. Na wyjeździe postanowiłem, że to jest ten moment: zacznę pisać i w końcu wiem, o czym. Wróciłem do domu z głową pełną pomysłów i telefonem pełnym zdjęć, ale zamiast edytora tekstu pierwszym, co otworzyłem, był Outlook i zaległe maile. Magia szkockiej mgły wyparowała szybciej niż dym z torfowej whisky, a wielkie plany o blogowaniu błyskawicznie przykryła codzienna rutyna. I tak oto, zamiast pierwszego wpisu, powstał kolejny punkt na liście rzeczy „do zrobienia kiedyś”. Wylądował obok nauki hiszpańskiego i kilku innych ambitnych planów, które trzymam tam chyba tylko po to, żeby lepiej się czuć z samym sobą. To taki sprytny mechanizm: dopisujesz coś do listy i od razu masz poczucie, że coś z tym robisz, choć w rzeczywistości doskonale wiesz, że większość z tych pozycji nigdy nie zostanie odhaczona. Też tak masz?
Gdy makieta spotyka rzeczywistość
Później było jeszcze sporo okazji do tego, żeby zacząć pisać: Islandia, wyjazd na mecz na Old Trafford, szlak dookoła Tatr na rowerze, Norwegia oraz wiele innych. Zatrzymam się jednak na moment przy Norwegii. Był to przełomowy wyjazd – nie tylko ze względów osobistych, ale też ze względu na rozwój tego projektu. To właśnie wtedy powstał draft pierwszego wpisu. I choć nigdy nie ujrzał światła dziennego, zmusił mnie do pewnych przemyśleń, o których opowiem za chwilę. Kolejne miesiące mijały bez jakiejkolwiek wzmianki o blogu, aż do pierwszej połowy 2025 roku, kiedy to powstała makieta, a chwilę po tym zacząłem pisać kod. Jednak z dużej chmury mały deszcz i po kilku dniach prace utknęły w martwym punkcie.

Stało się dokładnie to, co pokazuje ten komiks. Jako programista wpadłem w klasyczną pułapkę: zamiast pisać, zacząłem niepotrzebnie kombinować. Zamiast skupić się na treści, doktoryzowałem się z wyboru frameworku, a każda nowa idea skutkowała coraz większym chaosem. Praca nie sprawiała mi żadnej radości, a wręcz była męcząca. W mojej głowie pojawił się głos zapewniający, że to jednak nie jest dobry moment i projekt powinien wrócić do szuflady. Tak też się stało.
Plan był inny, czyli nowy początek
Cały czas piszę o tym, że blog nie powstał, a jednak czytasz ten wpis, więc co się wydarzyło? Bardzo często nam ludziom potrzebny jest jakiś rodzaj katalizatora, żeby wywołać w życiu większe zmiany i ruszyć z miejsca. Dla mnie zapalnikiem była informacja o utracie pracy. Dowiedziałem się o tym tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Z jednej strony to fatalny moment na takie wiadomości, ale z drugiej – przełom roku pomógł mi to wszystko poukładać. To był ten moment, kiedy wszystko inne zwolniło, a ja nagle miałem czas, by przewietrzyć głowę i ułożyć plan od początku. W styczniu między szukaniem nowego zajęcia a skracaniem listy rzeczy do naprawienia w domu zacząłem pisać kod tej strony oraz pierwszy wpis o nurkowaniu. Tekst jest już gotowy i czeka na publikację, ale zanim to nastąpi, postanowiłem się przywitać – i właśnie dlatego czytasz te słowa.
Znasz już historię powstawania bloga. To teraz czas na powody, dla których to tyle trwało. Zaczniemy od bardzo mądrze brzmiącego słowa, a mianowicie prokrastynacji. Wspomogę się tutaj Wikipedią:
Prokrastynacja to patologiczne odwlekanie działań na później, mimo świadomości negatywnych skutków. Nie jest lenistwem, lecz mechanizmem radzenia sobie ze stresem i lękiem przed porażką. Prowadzi do stresu, wyrzutów sumienia i obniżenia samooceny.
Problem ten towarzyszy mi od bardzo dawna. Odkładanie nauki na ostatnią chwilę, czy to w szkole, czy na studiach, było u mnie codziennością. W pracy bywa podobnie – i choć nie zdarza mi się przez to uwalić projektu, to często generuje to niepotrzebne napięcie. Lubię sobie tłumaczyć, że działanie pod presją czasu mi służy, ale nie oszukujmy się: to zwykłe bajki, którymi karmię własne sumienie. Skoro już ustaliliśmy, że jestem profesjonalnym „odkładaczem”, warto zajrzeć pod maskę tego mechanizmu i skupić się na strachu. Mimo że na co dzień raczej nie przejmuję się tym, co myślą o mnie inni, tutaj było inaczej. Pisanie bloga to uzewnętrznianie myśli i wyjście daleko poza strefę komfortu. Wystawienie się na widok publiczny zawsze niesie ryzyko oceny, a to potrafi skutecznie sparaliżować. Zrozumiałem jednak coś ważnego: strach przed krytyką blednie przy frustracji, jaką czuję, patrząc na cmentarzysko moich niezrealizowanych planów.
Może to banał, ale im jestem starszy, tym bardziej dociera do mnie nieodwracalność upływającego czasu. Zrozumiałem, że „idealny moment” nie istnieje, a czekanie na niego to nic innego jak powolne spalanie własnego potencjału. Właśnie ta myśl była dla mnie punktem zwrotnym. Praca nad tym projektem i samo składanie tych zdań zaczęły mi sprawiać tyle frajdy, że radość z budowania ostatecznie wygrała z obawą o to, co ludzie powiedzą. Okazało się, że satysfakcja z tego, że coś w końcu powstaje, jest silniejsza niż jakikolwiek paraliżujący strach przed oceną. Postanowiłem się tym kompletnie nie przejmować i po prostu robić swoje. Może nie powinienem o tym pisać, ale prawda jest taka, że piszę ten blog głównie dla siebie. Lubię stawiać sobie wyzwania, a to niewątpliwie jedno z nich. Mam nadzieję, że droga tego projektu – od zakurzonego pomysłu po realny produkt – będzie dla mnie motywacją również na innych polach i moja szuflada z planami powoli zacznie się opróżniać. Więc tak, traktuję to miejsce jako formę autoterapii – mój prywatny poligon doświadczalny i sposób na to, żeby przestać tylko planować, a w końcu zacząć działać. Mam też nadzieję, że pozytywnym efektem ubocznym tego całego procesu będzie to, że i Ty znajdziesz tutaj coś dla siebie i zostaniesz na dłużej.
Co dalej? Plan jest prosty: chcę pisać o tym, co mnie jara, bez udawania eksperta od wszystkiego. Będzie o rowerach, o podróżach, o nurkowaniu i o tym, jak to jest budować coś, nie mając kompletnie pojęcia, jak zacząć. Wpisy nie będą się pojawiać regularnie, ale obiecuję sobie i Wam, że będzie się tu coś działo.
Gdybym miał podsumować ostatnie lata jednym zdaniem, brzmiałoby ono: Plan był inny. To stwierdzenie świetnie pasuje do wielu aspektów mojego życia. Co do bloga, to plan był taki, żeby pisać o kodowaniu, a piszę o tym, że czasem po prostu trzeba zacząć od nowa. Plan zakładał start po Szkocji w 2022 roku, a zaczynam prawie cztery lata później po utracie pracy. Zamiast technicznych specyfikacji dostajecie więc gościa, który lubi dobrą whisky, kilometry na rowerze i który w końcu przestał czekać na idealne warunki, by zacząć działać. I wiecie co? Ten „inny plan” podoba mi się znacznie bardziej. Jest prawdziwy, nieprzewidywalny i w końcu przestał wisieć na liście „kiedyś”, a staje się faktem. Bo czasem to, co idzie nie po naszej myśli, okazuje się dokładnie tym impulsem, którego potrzebowaliśmy, żeby w ogóle ruszyć z miejsca.

