Bangkok pożegnaliśmy zmęczeni jego tempem, hałasem i wszechobecnym betonem. O tym, jak go zapamiętaliśmy, możecie przeczytać tutaj. Czas na Chiang Mai – spokojniejsze i bardziej zielone oblicze Tajlandii, ale żeby tam dotrzeć czkała nas najpierw cała noc w pociągu.
Nocny pociąg do Chiang Mai (czyli scena jak z horroru)
Z Bangkoku do Chiang Mai jest około 700 km. Dystans ten można pokonać samolotem, autokarem lub pociągiem. My postanowiliśmy przejechać ten odcinek ostatnim z wymienionych środków transportu i mieliśmy ku temu dwa powody. Po pierwsze, względy praktyczne, bo zaoszczędziliśmy na jednym noclegu. Po drugie, nigdy nie mieliśmy okazji korzystać z wagonów sypialnych, więc zwyczajnie byliśmy ciekawi, jak to wygląda. Bilety kupiliśmy przez Internet jeszcze przed wylotem do Tajlandii.
Sam pociąg nie należał do najnowszych i wydawał się trochę sfatygowany, przez co początkowe wrażenie nie było najlepsze. Wnętrze wyglądało dokładnie tak samo jak w każdym innym wagonie bezprzedziałowym, z tą różnicą, że siedzenia rozkładały się, tworząc łóżka piętrowe. Prywatność zapewniały zielone firany, które dodatkowo chroniły przed zimnym powietrzem z klimatyzacji. Nie wiem czemu, ale patrząc teraz na to zdjęcie, mam wrażenie, że to jakaś scena z horroru. Połączenie zieleni zasłon oraz zimnego światła sprawia, że jest tam coś delikatnie niepokojącego.
Na naszych miejscach czekała już czysta i świeża pościel. Materace były dość wąskie i siedzenie razem na jednym było dość niewygodne, przez co dość szybko postanowiliśmy się rozdzielić.Górne łóżko przypadło Heli i (z tego, co pamiętam) była średnio zadowolona z tego wyboru. Było tam jeszcze mniej miejsca niż na dole i brakowało okna.
W pociągu można było zamówić jedzenie i coś do picia. Chwilę po ruszeniu ze stacji Krung Thep Aphiwat Central podszedł do nas konduktor zbierający zamówienia. Menu było dość obszerne – od mniejszych przekąsek po całe posiłki z napojem i deserem. Skorzystałem z tej większej opcji i zamówiłem smażony ryż z mięsem mielonym i warzywami. Szczerze mówiąc, nie było to najlepsze, co jadłem podczas tych wakacji, jednak jest to fajna opcja, zważywszy na to, że czekała nas ponad 12-godzinna podróż na północno-zachodni kraniec Tajlandii.
Na oddzielną uwagę zasługuje łazienka. Toalety w tej części Azji to dość ciekawy temat – ale o tym może kiedy indziej. W naszym wagonie były dwie, a jedna to zwyczajnie dziura w podłodze. Niewątpliwie dodawało to uroku podczas korzystania.
Pasażerowie dość szybko pochowali się za swoimi zasłonami. Zrobiło się cicho, więc nie pozostawało nam nic innego, jak położyć się spać. Bujanie i jednostajny stukot kół zrobiły swoje – noc minęła bardzo szybko. Obudziliśmy się niedługo po świcie, gdy do celu było jeszcze około 1,5 godziny. Dało nam to szansę popodziwiać tajskie pogórze, porośnięte lasem monsunowym oraz poprzecinane dolinami rzecznymi i polami ryżowymi.
Chiang Mai – perła północy
Chiang Mai to drugie co do wielkości miasto w Tajlandii, z klimatem zupełnie innym niż w Bangkoku – jest tam znacznie ciszej, mniej tłoczno, bardziej kameralnie.
Jego sercem jest Stare Miasto położone na planie kwadratu o boku półtora kilometra. Historycznie było ono otoczone murami obronnymi z czterema głównymi bramami, obudowanymi charakterystyczną czerwoną cegłą. Dziś zachowała się tylko ich część – co kilkaset metrów nagle wyrasta z ziemi malowniczy, kilkunastometrowy odcinek surowego, ceglanego muru lub potężny bastion. Natomiast najlepiej utrzymana jest fosa, w której zainstalowano fontanny, a wzdłuż niej rosną kwitnące drzewa.
Zwiedzanie ograniczyliśmy do ścisłego centrum i jego bliskich okolic. Przeznaczyliśmy na to pierwszy i trzeci dzień naszego pobytu.
Z dworca do centrum dostaliśmy się songthaewem – autem z paką, na której znajdują się dwa rzędy siedzeń – czymś w rodzaju taksówki. Początkowo planowaliśmy pokonać ten trzykilometrowy dystans piechotą, jednak w końcu daliśmy się przekonać – z jednej strony nieustannemu trąbieniu kierowców, z drugiej ciężarowi plecaków, który dawał nam się we znaki – i postanowiliśmy zmienić plan. Pojazdy te nie mają stałych tras i rozkładów jazdy. Żeby z nich skorzystać, po prostu zatrzymujemy kierowcę i mówimy, dokąd jedziemy, a on sam decyduje, czy jest mu to po drodze.
Mimo wczesnej godziny i braku możliwości zameldowania się i tak udaliśmy się do hotelu z nadzieją, że mają przechowalnię bagażu, z której będziemy mogli skorzystać. Przechowalnia była, a co więcej, pan na recepcji powiedział, że pokój może być gotowy wcześniej, więc formalności załatwiliśmy od razu. W recepcji siedziała pani z ofertą wycieczek i po krótkiej rozmowie byliśmy zdecydowani, gdzie wybierzemy się następnego dnia. Zostawiliśmy plecaki i udaliśmy się na pierwszą rundę zwiedzania.
Bogactwo świątyń
W Chiang Mai możemy znaleźć setki świątyń i zdecydowanie nie przesadzam. W samym Starym Mieście możemy znaleźć ich około czterdziestu. Spacerując, nieustannie wchodziliśmy na tereny świątynne, ale opisanie wszystkich wydłużyłoby ten wpis okropnie i do tego prawdopodobnie byłoby zbyt nudne. Wybrałem więc kilka, które są albo ważne, albo zwyczajnie podobały mi się najbardziej.
Wat Lok Molee
Świątynia ta znajduje się tuż za murem Starego Miasta od jego północnej strony i jest jedną z najstarszych w całym Chiang Mai. Przy wejściu znajduje się sala modlitewna wykonana z ciemnego drewna. Jej wejścia strzegą dwa mityczne węże. W środku możemy znaleźć posąg medytującego Buddy.
Trochę głębiej znajduje się Chedi – święta stupa – w której według legendy umieszczone są prochy kilku królów z dynastii Mengrai.
Czymś, co mnie zaciekawiło, była konstrukcja, dzięki której można dokonać buddyjskiego rytuału oczyszczenia. Za pomocą naczynia przypiętego do linki można wciągnąć naczynie wypełnione wodą na sam szczyt Chedi. Podlewanie świętej stupy to wyraz najwyższego szacunku dla Buddy. W zamian wierni modlą się o „zmycie” złej karmy, złączenie się z mądrością Buddy i przyniesienie szczęścia swojej rodzinie.
Wat Chedi Luang
W sercu Starego Miasta znajdziemy jedną z najbardziej kultowych świątyń i najważniejszych zabytków Chiang Mai. Głównym budynkiem tego kompleksu jest chedi, który w finalnej formie mierzył osiemdziesiąt dwa metry. „Mierzył”, bo budynek częściowo zawalił się w wyniku trzęsienia ziemi w 1545 roku. To, co widzimy obecnie, to efekt częściowej rekonstrukcji wykonanej w latach dziewięćdziesiątych. Prace były finansowane przez UNESCO oraz rząd Japonii, ale chedi nie zostało przywrócone do pierwotnej wysokości.
Z ciekawostek warto wspomnieć, że to właśnie tutaj przez pewien czas znajdował się wspomniany w poprzednim wpisie Szmaragdowy Budda. Obecnie w niszy znajduje się replika wykonana z czarnego jadeitu.
Na terenie świątynnym znajdziemy również kapliczkę kryjącą słup miasta – Sao Inthakhin. Związana jest z nią legenda, która głosi, że pierwotnie miasto, na którego gruzach powstało Chiang Mai, było nękane przez demony. Pewien pustelnik poprosił boga Indrę o interwencję, a ten w odpowiedzi zesłał filar do ochrony. Nazwa nieprzypadkowo nawiązuje do tego boga – „Inthakhin" oznacza po prostu „filar Indry".
Po pewnym czasie ludzie zaniedbali filar, a demony powróciły, co było przyczyną upadku miasta. Kiedy król Mengrai zakładał obecnie znane Chiang Mai, odnalazł w gruzach właśnie artefakt i postanowił uczynić z niego duchowe centrum nowej stolicy.
Co ciekawe, filar nie stoi na swoim pierwotnym miejscu – początkowo Mengrai umieścił go w świątyni Wat Sadue Muang, w samym środku zakładanego miasta, a dopiero później, około 1800 roku, król Kawila przeniósł go tu, na teren Wat Chedi Luang. Obecnie konstrukcji nie widać, gdyż jest ukryta pod ziemią, a jej lokalizację oznacza kapliczka.
Hela była dość mocno zbulwersowana, gdy okazało się, że do środka mogą wejść tylko mężczyźni. Powodem zakazu jest menstruacja… Tajowie wierzą, że ten fakt poniża oraz niszczy świętość filaru.
Ściany wewnątrz pokryte są pięknymi ilustracjami przedstawiającymi życie Buddy. Mi osobiście bardzo podobał się styl tych malowideł – żywe kolory, drobiazgowe i pełne życia sceny. Oglądanie tego sprawiało mi czystą przyjemność. W samym środku znajduje się złocona wieżyczka z posągiem świętości.
Wat Sri Suphan
Jedna z najbardziej charakterystycznych świątyń północnej Tajlandii – jej fasada oraz wnętrze są pokryte płaskorzeźbami wykonanymi ze srebra, aluminium oraz nyklu. Ich twórcami są lokalni rzemieślnicy.
Tak jak w przypadku Sao Inthakhin, do wnętrza świątyni wstęp mają jedynie mężczyźni. Powód jest dokładnie taki sam jak wcześniej. Tajowie wierzą, że kobieca energia może pozbawić mocy święte amulety oraz kosztowności zakopane pod świątynią. Nie pytajcie, co o tym wszystkim myśli Hela.
We wnętrzu, poza wspomnianymi wcześniej płaskorzeźbami, znajdziemy pomnik Buddy, przed którym odbywają się ceremonie oraz święcenia.
Wycieczki
Drugi dzień zarezerwowaliśmy na wyjazd za miasto – znów ze zorganizowaną wycieczką. Naszym celem było sanktuarium słoni, park narodowy Doi Inthanon wraz z najwyższym szczytem Tajlandii i spacer po dżungli.
Sanktuarium słoni
Sanktuaria dla słoni to popularna atrakcja w krajach azjatyckich, którą warto jednak wybierać z dużą ostrożnością. W założeniu są to miejsca, gdzie zwierzęta znajdują bezpieczne schronienie po latach ciężkiej pracy, występów w cyrkach czy wożenia turystów na grzbiecie. Niestety, część z nich to jedynie komercyjne biznesy ukryte pod szlachetną nazwą – dlatego należy omijać ośrodki, które dla zarobku kontynuują praktyki wyzysku.
Miejsce, do którego trafiliśmy, okazało się domem dla samych samic. Tuż po przyjeździe zabraliśmy się do pracy – naszym zadaniem było przygotowanie dla nich posiłku składającego się z bananów i łodyg trzciny cukrowej. Każdy z odwiedzających musiał też założyć specjalną tunikę o specyficznym, dobrze znanym słoniom zapachu.
Po części kuchennej przyszedł czas na karmienie. Słonie z apetytem zajadały się przygotowanymi przekąskami, a sesje zdjęciowe zupełnie im nie przeszkadzały – pod warunkiem, że w międzyczasie miały co przeżuwać.
Następnie, w towarzystwie opiekunów zwierząt, ruszyliśmy nad małą rzekę, gdzie chętni mogli schłodzić się podczas wspólnej kąpieli. Ponieważ taką atrakcję zaliczyłem już podczas wcześniejszego pobytu w Chiang Mai, tym razem wcieliłem się w rolę prywatnego fotografa Heli. Najbardziej rozbawił mnie moment, gdy jedna ze słonic, leżąc leniwie w wodzie, bezczelnie wyciągała trąbę w stronę torby przewieszonej przez ramię opiekuna i podbierała z niej ukryte smakołyki.
Na tym aktywności ze słoniami się skończyły. Na koniec zjedliśmy obiad, podziwiając je z bezpiecznej odległości. Był to jeden z tych dni, które zostają w pamięci na długo – bliskość tych ogromnych, a zarazem zaskakująco łagodnych zwierząt robi ogromne wrażenie. Wyjeżdżaliśmy z poczuciem, że trafiliśmy w dobre miejsce.
Na dachu Tajlandii – szczyt i królewskie czedi
Najwyższy szczyt Tajlandii ma 2565 m n.p.m. Zdobycie go podczas tej wycieczki okazało się praktycznie bezwysiłkowe, bo z parkingu na szczyt idzie się dosłownie kilka minut. Sama trasa była dość przyjemna i w większości przebiegała drewnianymi kładkami oraz schodami. Osoby, które spodziewają się spektakularnych widoków, mocno się zawiodą, ponieważ szczyt jest porośnięty gęstą roślinnością i zwyczajnie nie widać nic poza nią.
Na samym szczycie Doi Inthanon znajduje się stupa z prochami króla Inthawichayanona. Jego życzeniem był spoczynek właśnie w tym miejscu, a obecną nazwę nadano górze na jego cześć – w uznaniu za zasługi w ochronie lasów na północy kraju.
Przewodniczka popędzała nas, twierdząc, że na szczycie jest „bardzo zimno", co dla nas, przybyłych z polskiej zimy, brzmiało dość komicznie. No ale jak ktoś nie widział nigdy śniegu ani minusowej temperatury, to chyba nie ma się co dziwić.
Kilka kilometrów dalej, na wysokości ok. 2100 m n.p.m., znajdują się dwie królewskie pagody – Phra Mahathat Naphamethanidon oraz Phra Mahathat Naphaphonphumisiri – zbudowane przez tajskie siły powietrzne na cześć króla Bhumibola i królowej Sirikit. Obie mają ponad 50 metrów wysokości.
Ciemna pagoda króla nawiązuje bryłą do symboliki nieba i ziemi. Pagoda królowej jest natomiast okrągła i siedmiopiętrowa – a siedem tarasów odpowiada barwom tęczy, symbolowi pokoju i jedności. Z zewnątrz pokrywa ją błyszcząca mozaika z kolorowego szkła, a na szczycie wisi brązowy dzwon ważący ponad siedem ton. Pagody powstały z okazji sześćdziesiątych urodzin króla (w 1987 roku) i królowej (w 1992 roku).
Oba budynki otoczone są pięknie utrzymanymi i kolorowymi ogrodami. Grządki aż uginają się od kwiatów ułożonych w równe, barwne wzory, a między nimi krążą ogrodnicy dbający o każdy detal. Przechadzając się po nich, mogliśmy nacieszyć oczy nie tylko kwiatami, ale i cudownymi górskimi widokami.
Pha Dok Siew Nature Trail – spacer po dżungli
Ostatnim etapem naszej wycieczki była jedna z najpopularniejszych ścieżek przyrodniczych, czyli Pha Dok Siew Nature Trail. Trasa prowadzi przez dżunglę, pola ryżowe i plantacje kawy. Nie jest szczególnie trudna, ale zdecydowanie warto mieć pełne buty i koniecznie coś na komary.
Trasy nie można pokonać samodzielnie – żeby tamtędy przejść, trzeba wynająć lokalnego przewodnika z kareńskiej wioski, co jest jednocześnie formą wsparcia tutejszej społeczności. Kobieta, która nas oprowadzała, poruszała się zdecydowanie swobodniej niż my. Fascynujące było to, z jaką łatwością potrafiła dostrzec w gęstych zaroślach małe zwierzątka czy węże. Co jakiś czas zrywała jakąś roślinę albo korę z drzewa i dawała nam powąchać. Było to zaskakujące, bo wiele z tych zapachów było nam znanych, choć nigdy nie zastanawialiśmy się, co jest ich źródłem.
Z naszą przewodniczką porozumiewaliśmy się głównie na migi, bo nie mówiła po angielsku – szkoda, bo pewnie miała sporo do opowiedzenia. Wiele ciekawostek zdradziła nam za to przewodniczka całej wycieczki. To od niej dowiedzieliśmy się między innymi, że kolorowa, zdobiona suknia oznacza kobietę zamężną, podczas gdy panny noszą białe stroje, symbolizujące czystość (po ślubie już nigdy do nich nie wracają).
W trakcie trekkingu mijaliśmy kilka wodospadów, w tym Pha Dok Siew, czyli wodospad kaskadowy, który jest jednym z bardziej charakterystycznych w tej okolicy. Wędrówka była bardzo atrakcyjna, ponieważ mogliśmy zauważyć różne bardziej i mniej znane gatunki roślin, m.in. dzikie orchidee czy figowce. Czymś, co mnie zdziwiło, były plantacje truskawek w samym środku dżungli. Nie spodziewałem się ich tam. Poza tym te owoce raczej kojarzą mi się z naszym klimatem niż z tropikami.
Widzieliśmy również tarasy ryżowe. I choć podczas naszej wizyty nie było sezonu ryżowego i nie rosło na nich nic, sam ich widok połączony z otaczającym górzystym krajobrazem robił wrażenie. Później widziałem zdjęcia tego samego miejsca w pełni sezonu, gdy wszystko stoi pod wodą – wygląda to zdecydowanie ciekawiej.
Warto też wspomnieć o systemie nawadniania. Patrząc na zdjęcia, możecie się zastanawiać, jakim cudem rośnie tam ryż, skoro nie widać żadnej wody. Otóż jest ona doprowadzana rurami z okolicznej rzeki, a w odpowiednim momencie zalewa się nią pola. Prosty, ale pomysłowy układ.
Ostatnim punktem wycieczki była wioska, w której mieszka nasza przewodniczka. Spędziliśmy tam chwilę, próbując kawy z tutejszych plantacji i robiąc drobne zakupy w lokalnym sklepiku. Była to spokojna, kameralna końcówka intensywnego dnia – okazja, by na moment zwolnić, rozejrzeć się i poczuć codzienny rytm tego miejsca. Kawa, choć parzona prosto i bez ceregieli, smakowała wyśmienicie – być może dlatego, że piliśmy ją dokładnie tam, gdzie wyrosła.
Kawa, którą piliśmy, ma zresztą ciekawą historię. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu okoliczne plemiona górskie utrzymywały się głównie z uprawy maku. Wszystko zmienił Royal Project – zainicjowany przez króla Bhumibola program, który zachęcił mieszkańców do zastąpienia opium m.in. kawą czy wspomnianymi wcześniej truskawkami. Co ciekawe, w 1974 roku monarcha osobiście pokonał pieszo kilka kilometrów stromą ścieżką, by zobaczyć pierwsze krzewy arabiki uprawiane przez Karenów w sąsiedniej wiosce. To właśnie ten sam król, na którego cześć wznosi się pagoda, którą oglądaliśmy nieco wcześniej.
Pierwsza klasa nie zawsze znaczy lepiej
W drogę powrotną z Chiang Mai do Bangkoku wybraliśmy się tym samym pociągiem, ale tym razem postawiliśmy na pierwszą klasę. Szczerze mówiąc, podobała mi się znacznie mniej niż druga. Choć prywatny przedział zapewniał spokój, to łóżka były ustawione w poprzek kierunku jazdy, przez co kołysanie wagonu przestało być przyjemne, a stało się uciążliwe. Drugim, jeszcze większym problemem okazała się klimatyzacja – a dokładniej brak możliwości jej regulacji. Teoretycznie nawiewy miały klapki, które można było zamknąć, w praktyce jednak wszystkie były urwane. W efekcie całą noc potwornie zmarzłem i wyspałem się o wiele gorzej niż w stronę tamtą.
Co dalej?
Po trzech dniach pełnych emocji pożegnaliśmy spokojne, górskie Chiang Mai. Czekały już na nas rajskie plaże, palmy i leniwe popołudnia – czas na wyspę Koh Samui.

