Jeśli śledzisz bloga na bieżąco – a wiem, że poza Helą są tacy (pozdrawiam, Marcin) – to zapewne spodziewałeś się kolejnego wpisu z mojej tajskiej serii (a jeśli nie czytałeś nic o Tajlandii, to możesz nadrobić tutaj). Żeby nie było monotonnie, postanowiłem jednak wpleść coś ze spraw bieżących. No… prawie bieżących, bo Tuscany Trail, o którym będzie ten wpis, odbył się pod koniec maja, a te słowa piszę dwa miesiące później, więc trochę czasu minęło. Nie chodzi o to, że znudziło mi się blogowanie albo że jestem leniwy. Pewne zmiany w moim życiu zepchnęły bloga dość nisko na liście priorytetów, ale zdecydowanie nie został porzucony.
Czym właściwie jest Tuscany Trail?
Według organizatora Tuscany Trail to największe na świecie wydarzenie bikepackingowe, czyli kilkudniowa podróż rowerem z całym potrzebnym sprzętem spakowanym w torby przymocowane do ramy. W tegorocznej edycji udział wzięło około 6000 osób z kilkunastu krajów. Niewyścigowa formuła przeznaczona jest dla rowerów gravelowych i MTB. Trasa liczyła 450 kilometrów z przewyższeniem 5300 metrów. Co bardziej ambitni mogli przejechać się objazdem dodającym do całego dystansu dodatkowe 100 kilometrów. Dla mniej zaawansowanych dostępna była wersja 160-kilometrowa.
Sam bikepacking polega na kilkudniowym podróżowaniu rowerem z całym potrzebnym sprzętem spakowanym w torby lub sakwy przymocowane do ramy.
Całość odbywa się w formule self-supported. Znaczy to tyle, że organizator nie pomaga na trasie, więc wszystko, co potrzebne, musisz mieć ze sobą albo kupić po drodze. Przygotowane jednak zostały tzw. oficjalne base campy, na których można było rozbić namiot, wziąć prysznic i coś zjeść.
Skąd pomysł na wyjazd?
Przez ostatnie kilka lat staram się spędzać czas na siodełku tyle, ile się da. Poza tym lubię też pooglądać na YouTube, jak jeżdżą inni (Czy to już jakieś zboczenie? Nie wiem, ale zostawmy to bez odpowiedzi). Właśnie podczas jednej z takich sesji natknąłem się na film z relacją z Tuscany Trail i od tamtej pory pomysł na wzięcie w nim udziału ciągle kręcił się gdzieś z tyłu głowy.
W grudniu napisałem list do Świętego Mikołaja z jedną prośbą – bilet wstępu na tę imprezę. Jako że we dwójkę zawsze raźniej, zacząłem namawiać mojego przyjaciela Seweryna, żeby pojechał ze mną. Czy moje przekonywania trwały długo? Nie, i to nie dlatego, że Seweryn jest „łatwy” – on po prostu wie, kiedy szykuje się dobra przygoda. I Tuscany Trail nie był pierwszą okazją do fajnej rowerowej wyprawy – we wrześniu 2023 roku objechaliśmy razem Tatry.
Pakowanie czyli sztuka eliminacji
Jako że był to mój pierwszy wyjazd w takiej formule, nie do końca wiedziałem, co mam ze sobą zabrać. Zacząłem więc szukać informacji na ten temat i wniosek był jeden: większość ludzi na swoje pierwsze wyprawy zabiera rzeczy, których nie potrzebuje.
Niby wystarczy obejrzeć relacje z wypraw na YouTube czy poczytać jakieś blogi, żeby dowiedzieć się, co jest niezbędne na trasie, co można sobie podarować i jakie błędy w pakowaniu popełnili poprzednicy. Tylko nie wszyscy jesteśmy tacy sami, a więc i potrzeby każdy ma inne.
Scenariusz na sprawdzenie co zabrać był prosty: weekend przed wyjazdem do Włoch pakuję wszystko na rower i testuję w terenie. Plan może i dobry, ale pokrzyżowały go pogoda i przeziębienie. Dlatego też rozłożyłem na podłodze wszystkie rzeczy, które chciałem zabrać… i już wtedy wiedziałem, że nie ma szans. Zaczęła się więc eliminacja zbędnych przedmiotów. Powiedzieć, że szło mi to ciężko, to jakby nie powiedzieć nic. Wydawało mi się, że wszystko jest niezbędne i koniecznie muszę to ze sobą zabrać. Dość dużym problemem okazał się dron, bo zajmował sporo miejsca, a z drugiej strony żal mi było go zostawić. Ostatecznie po konsultacjach z Sewerynem ustaliliśmy, że wrzucimy wszystko do auta i po drodze zdecydujemy, co faktycznie zabierzemy.
Transport
Rozważaliśmy dwie opcje dotarcia do Toskanii. Pierwsza – samolot – odpadła dość szybko. Przewożenie roweru w samolocie nie jest takie proste, jak może się wydawać: bez specjalnej walizki trzeba go zapakować w karton, który potem wypadałoby gdzieś przechować albo kombinować z nowym przy powrocie. Do tego bilety lotnicze na konkretne daty wiążą ręce, a my chcieliśmy mieć elastyczność.
Drugą opcją był samochód – własny albo wynajęty. Zdecydowaliśmy się na wynajęcie busa, bo pakowanie dwóch rowerów do bagażnika osobówki mogłoby skończyć się uszkodzeniem sprzętu. Auto wynajęliśmy na jeden dzień dłużej niż planowaliśmy go używać, żeby mieć bufor na nieprzewidziane komplikacje.
Trasa
Przed nami było jakieś 13 godzin jazdy. Postanowiliśmy wyruszyć rano i jeszcze przed zmrokiem znaleźć nocleg. Krótko po przekroczeniu granicy Włoch zatrzymaliśmy się na kameralnym kempingu. Poza nami było na nim tylko kilka osób, więc panowała cisza i spokój. Wieczór spędziliśmy popijając złoty trunek i dyskutując o tym, jaki mamy plan startu.
Tej nocy spałem niewiele – mimo, że ubrałem się we wszystkie dostępne warstwy, było mi zwyczajnie zimno. Plusem tej sytuacji było to, że jak najszybciej chciałem wstać i zacząć się ruszać, więc na dalszą drogę byliśmy gotowi wcześnie rano.
Kilka godzin później byliśmy na parkingu przygotowanym przez organizatora. Spakowaliśmy rzeczy i zdecydowaliśmy, że nie zabieramy ze sobą jedzenia liofilizowanego oraz kuchenki, co pozwoliło mi zaoszczędzić sporo miejsca. Byliśmy we Włoszech, kraju słynącym z przepysznej kuchni – co mogło pójść nie tak?
Do bazy zawodów dotarliśmy chwilę przed 15, odebraliśmy pakiety startowe, szybko coś zjedliśmy i byliśmy gotowi na to, co Toskania miała dla nas przygotowane.
Dzień pierwszy
Plan na pierwszy dzień był dość prosty – uniknąć jazdy po zmroku, dojechać do Castiglione della Pescaia i tam przenocować. Żeby osiągnąć oba cele, wystarczyło przejechać 60 kilometrów, czyli idealnie na rozgrzewkę.
Zaraz po starcie czekał na nas pierwszy większy podjazd. Był to tylko przedsmak tego, co miało nadejść. Toskania od samego początku pokazała nam to, co ma najlepsze: miasteczka i wiejskie tereny, gdzie mogliśmy podziwiać łagodne wzgórza pokryte winnicami i gajami oliwnymi. Mijaliśmy też sporo flag Tuscany Trail i miałem poczucie, że biorę udział w ważnym wydarzeniu.
Po 23 kilometrach dotarliśmy na wybrzeże. Widok morza robił wrażenie. Przez chwilę nawet rozważaliśmy wejście do wody, ale ostatecznie porzuciliśmy ten pomysł. To był mój ulubiony fragment całego dnia. Bliskość morza i mijane turystyczne miejscowości sprawiły, że przez chwilę poczułem się jak na wakacjach.
Kiedy oddaliliśmy się od linii brzegowej, zrobiło się bardziej dziko. Rozpoczął się teren idealny na wyprawę gravelową – las i piękna szutrowa nawierzchnia to chyba moje ulubione miejsce na jazdę rowerem. Trasa zaczęła być też trochę bardziej górzysta. Na koniec dnia wróciliśmy nad morze i naszym celem był kemping, który znaleźliśmy w apce na jednym z postojów. Pozostało jeszcze tylko znaleźć miejsce na kolację.
Przed startem trochę martwiłem się, jak te wszystkie bagaże będą wpływać na komfort jazdy, ale okazało się, że rower prowadzi się całkiem dobrze. Małą niewygodą była torba na kierownicę, która zabierała mi trochę miejsca na ręce, ale przy odpowiednim ułożeniu wszystkiego dało się do tego przyzwyczaić.
Mimo niezbyt imponującego dystansu, jaki pokonaliśmy tego dnia i dość wczesnej pory, zmęczenie wygrało. Po rozbiciu namiotu od razu do niego wskoczyłem i zasnąłem dosłownie w kilka minut.
Dzień drugi
Wizja konkretnego śniadania przed startem wygrała z wyruszeniem wcześnie rano, więc na trasę wjechaliśmy o 9.
Tego dnia mieliśmy do przejechania 113 kilometrów i wspiąć się na prawie 2000 metrów przewyższenia. Był to jednocześnie nasz definitywny dzień pożegnania z widokami na morze. Po opuszczeniu Castiglione della Pescaia wjechaliśmy w otoczenie falistych wzgórz, na zboczach, których naprzemiennie rosły gaje oliwne lub winogrona. Klimat robiły też cyprysy rosnące wzdłuż dróg. Widoki iście pocztówkowe. Tak mi się tam spodobało, że już zaczynam odkładać na jakiś mały wakacyjny domek w Toskanii, serio.
Do pierwszego base campu dojechaliśmy chwilę po 14. Była to świetna pora, żeby coś zjeść i nabrać siły na wzniesienia, które czekały nas w drugiej części dnia. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak sjesta skopie mi tyłek. Później żałowałem, że nie zrobiliśmy sobie zapasów jedzenia.
Dowodem urokliwości Toskanii niech będzie fakt, że co chwilę myślałem, żeby się zatrzymać i nagrać coś dronem. Oczywiście nie było na to czasu, ale widząc ten most, nie mogłem zmarnować okazji, zresztą zobaczcie sami.
Choć druga część dnia była trochę bardziej wymagająca, to widoki, jakie nas otaczały, wynagradzały wszystkie trudności. Pojawiły się pierwsze wzniesienia, na które nie byliśmy w stanie wjechać. Pchanie roweru pod górę nie należało do najprzyjemniejszych czynności, ale pocieszałem się tym, że otaczają mnie piękne widoki. Głód też zdecydowanie nie pomagał, a gdy już znaleźliśmy otwartą knajpę, to serwowali tam niezbyt dobrze wyglądające tacosy.
Posiłek, jaki by nie był, poprawił nam trochę humory i kolejne metry pokonywane obok roweru były trochę lepsze niż wcześniej.
Do Castiglione d'Orcia dotarliśmy około godziny 21. Udało nam się zamówić ostatnie kiełbaski z grilla, a na osłodę tego dnia okazało się, że nie musimy rozstawiać namiotów. Base camp był zlokalizowany w budynku, w którym na sali rozstawione były łóżka polowe. Mimo że chrapanie otaczało mnie z każdej strony, zasnąłem w okamgnieniu. To był zdecydowanie najcięższy dzień całego wyjazdu.
Dzień trzeci
Plusem wspinaczki na koniec poprzedniego dnia był fakt, że ten poranek rozpoczął się od długiego zjazdu, co pozwoliło mi się rozbudzić i łagodnie wejść w tryb jazdy. Po asfaltowym odcinku wjechaliśmy na szutrową drogę prowadzącą do Pienzy. Ten fragment trasy zdecydowanie zostanie wyryty w mojej pamięci na dłużej. Toskański krajobraz w najpiękniejszym wydaniu.
Będąc w tej okolicy, nie mogliśmy nie zboczyć nieco z trasy, żeby zobaczyć kultową drogę z filmu „Gladiator”. Mowa tu o scenie, w której Maximus przez łany zboża wraca do domu. Mapy pokazywały, że atrakcja znajduje się niedaleko trasy, jednak okazało się, że to nie do końca prawda. Dojechanie do budynku widocznego w filmie wiązało się ze sporym zjazdem, a co za tym idzie – wracaniem pod górkę. Byliśmy zmęczeni poprzednim dniem, więc zdecydowaliśmy odpuścić. Zrobiłem parę ujęć dronem i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Priorytetem w Pienzy było znalezienie czegoś do jedzenia i ta sztuka udała nam się dość szybko. Mimo sjesty znaleźliśmy mały sklepik, w którym serwowali pyszną focaccię z dodatkami oraz pizze na wagę. Tym razem byłem mądrzejszy i zrobiłem zapasy.
Sporą część trasy jechaliśmy na odkrytej przestrzeni, gdzie słońce oraz podjazdy dawały się we znaki. Narzekaliśmy na fakt strasznie, ale jednocześnie napawaliśmy oczy pięknymi widokami, więc w gruncie rzeczy nie było tak źle. Tego dnia również nie obyło się bez pchania, ale miałem wrażenie, że było jakoś lżej – i to chyba przez fakt, że nie byłem głodny. W pewnym momencie po prostu położyłem się w cieniu i zacząłem głośno marudzić, że słońce i zmęczenie robią swoje.
Przed 15 dojechaliśmy do base campu, gdzie zrobiliśmy sobie chwilę przerwy. To zdecydowanie był jeden z najbardziej widokowych obozów na całej trasie. Zlokalizowany na otwartej przestrzeni w pobliżu Monteroni d'Arbia, z widokiem na rozciągające się dookoła pola i wzgórza.
Dwie godziny później dojechaliśmy do największego miasta na trasie Tuscany Trail, czyli Sieny. Zmęczenie, które odczuwałem, zniknęło w momencie, gdy zobaczyłem Piazza del Campo. Plac w kształcie muszli, otoczony ceglanymi kamienicami w kolorze spalonej pomarańczy, z wieżą Torre del Mangia wystrzeliwującą w niebo, jak średniowieczny wskaźnik ambicji tego miasta.
Miasto liczące dziś delikatnie ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi w XIII wieku liczyło ich prawie dwa razy więcej i rywalizowało z Florencją o tytuł największej metropolii Toskanii. Tu od kilkuset lat dwa razy w roku odbywa się słynne Palio – szalony wyścig konny wokół placu, w którym dzielnice miasta walczą o honor.
Będąc w takim miejscu, otoczeni restauracjami, nie mogliśmy nie skorzystać z okazji, żeby coś zjeść. Jazda rowerem z pełnym brzuchem to zupełnie inne doświadczenie. Sienę opuściliśmy zadowoleni i nie przysłaniał tego fakt, że czekało na nas jeszcze kilka podjazdów, w tym dość spektakularny w Colle di Val d'Elsa. Coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że mieszkanie we włoskich miasteczkach położonych na wzgórzach zdecydowanie nie jest dla ludzi o słabej kondycji.
Base camp, w którym nocowaliśmy, był zlokalizowany przy boisku piłkarskim. Pod względem organizacyjnym to było jedno z lepszych miejsc na trasie. Dobre jedzenie, zadbane prysznice, no i pole namiotowe na boisku.
Dzień czwarty
Zdecydowanie była to najlepsza noc na całym wyjeździe. Kilka godzin nieprzerwanego snu bez odczuwania zimna powoduje, że o poranku wszystko wygląda zdecydowanie lepiej. Optymizm i ekscytacja kolejnym dniem spychają ból oraz zmęczenie na dalszy plan. Po spakowaniu rzeczy i szybkim śniadaniu wskoczyliśmy na rowery, gotowi na kolejne 80 kilometrów, jakie mieliśmy zaplanowane.
Po opuszczeniu Campiglia dei Foci dość szybko przenieśliśmy się do bardziej wiejskich krajobrazów. Pierwsze dwadzieścia kilka kilometrów to była spokojna jazda z podjazdami, które miały nas przygotować na poważne wzniesienia czekające tego dnia. Był to też czas na standardową wymianę uwag o częściach ciała, w których odczuwaliśmy ból. Każdego dnia lista robiła się coraz dłuższa.
Chwilę przed jednym z największych podjazdów na całej trasie mijaliśmy konną wycieczkę. Przewodniczka powiedziała, że nie zazdrości nam kolejnych kilometrów, które mamy do pokonania. Niestety, odmówiła mojej propozycji wymiany roweru na konia, więc dalsza jazda zależała wyłącznie od mojej kondycji. Sam podjazd zaczął się, a jakże, od pchania roweru, ale jak widać na zdjęciu, mieliśmy sporą grupę wsparcia. Standardowo w takich sytuacjach zatrzymywaliśmy się tak często, jak się dało – a to jakaś winnica, gdzie dało się kupić zimne napoje, a to krzaki dające choćby niewielką ilość cienia, gdzie można było się schłodzić. Pokonanie tego 400-metrowego wzniesienia zajęło nam około dwóch godzin.
Standardowo skorzystaliśmy z pierwszej opcji, jaka się nadarzyła, żeby coś zjeść. Base camp, który odwiedziliśmy, znajdował się kilka kilometrów za szczytem, więc lepiej być nie mogło. Jak zawsze po jedzeniu nasze humory się poprawiły, ale nie była to jedyna widoczna zmiana, bo trasa wypłaszczyła się delikatnie, choć w dalszym ciągu tendencja była zjazdowa.
Taki stan rzeczy trwał do momentu, kiedy zaczęliśmy się zbliżać do Montecatini Val di Cecina. Każdy, kto chodził do szkoły i nie przespał lekcji historii, powinien zdawać sobie sprawę, jakie są kryteria budowy dobrej średniowiecznej twierdzy – im trudniej dostępne miejsce, tym trudniej o najazd wroga. Włosi wzięli sobie tę zasadę mocno do serca, bo kolejne miasteczko na wzgórzu oznaczało dla nas kolejną wspinaczkę.
Potencjalne miejsca na nocleg były dwa – jedno w wyżej wymienionym mieście, a drugie 10 kilometrów dalej. Był to ostatni camp na całej trasie i to ostatecznie był nasz wybór. Jak się później okazało, na podobny pomysł wpadło wielu uczestników, którzy, tak jak my, chcieli mieć do pokonania mniejszy dystans na finiszu. Chyba nawet organizatorzy nie spodziewali się tylu ludzi, bo jedzenia nie starczyło dla wszystkich. Było tak tłoczno, że nie dało się znaleźć miejsca na rozłożenie namiotu, a próba rozbicia się na łące obok skończyła się przegonieniem przez właściciela. Naszym wybawcą okazał się Seweryn, który znalazł wolny kawałek trawnika gdzieś przed budynkiem. Trochę mnie dziwiło, że nikt nie wpadł na to wcześniej. Chwilę później wszystko było jasne. Pod powierzchnią trawy były usypane jakieś kamyki, które bardzo utrudniały rozstawienie namiotów. Ostatecznie się udało, a nasz sukces przyciągnął innych śmiałków.
Śmiesznym elementem tego base campu był prowizoryczny prysznic zainstalowany na podwórku i wykonany ze złączek węża ogrodowego (co oczywiście oznaczało brak ciepłej wody) oraz zasłonięty materiałem, który finalnie niewiele zasłaniał. Dopełnieniem tego wszystkiego niech będzie fakt, że dosłownie kilka kroków za kotarą prysznica siedzieli ludzie, popijając piwo i jedząc obiad. Chyba nigdy nie miałem tak dużej publiki.
Dzień piąty
Ostatni dzień zapowiadał się dość ciężko. Jedynym plusem, jaki widziałem, był dystans. Mieliśmy do pokonania „tylko” 73 kilometry. Patrząc na profil wysokościowy trasy, wiedzieliśmy, że czeka nas ciężki podjazd praktycznie zaraz po starcie. Ponad 400 metrów w górę na 14-kilometrowym odcinku pachniało kolejnym pchaniem roweru. Moje nastawienie było jeszcze gorsze, zważywszy na fakt, że o śniadanie w miejscu, gdzie byliśmy, było dość trudno. Nie pozostało nam nic innego jak spakować się i ruszyć.
Pierwszy impuls do poprawy nastroju pojawił się zaraz po starcie, gdy okazało się, że w pobliżu jest kawiarnia, gdzie można coś zjeść. Drugim był fakt, że w miarę pokonywania kolejnych metrów okazało się, że wcale nie jest tak ciężko, jak mógłby sugerować wspomniany wcześniej profil trasy. Dodatkowo nawierzchnia była dobrej jakości. Wartym odnotowania punktem podczas wspinaczki bez wątpienia będzie Querceto – mała miejscowość położona na wzgórzu. Jej centralnym punktem jest zamek, od lat zamieszkany przez rodzinę zajmującą się produkcją wina. Sądząc po liczbie turystów, nie jest to zbyt popularne miejsce, co z pewnością dodaje mu unikatowości. Widok, jaki można zobaczyć, spacerując uliczkami, był niesamowity. Po powrocie poczytałem trochę o tym miejscu i żałowałem, że moja wizyta tam była taka krótka, ale może kiedyś nadrobię.
Seweryn, mimo bólu, jaki towarzyszył mu od kilku dni, robił wszystko, żeby dojechać do mety. Myślę, że każdy, kto jeździ rowerem długie dystanse, zna sytuację doskonale. Ból i zmęczenie ciągle podrzucają myśli o tym, żeby dać sobie już spokój i zwyczajnie się poddać. On jednak nie odpuścił i pedałował dalej, kilometr po kilometrze zbliżając nas do celu, za co czapki z głów.
Do mety dojechaliśmy po 15. Czekały tam na nas skromne upominki od organizatora oraz kolejka do ścianki, na tle której można było sobie zrobić zdjęcie. Dotarcie do celu dało mi nagły przypływ energii, mimo dni zmęczenia i bólu. Jednocześnie zrobiło mi się trochę smutno, że ta przygoda właśnie się kończy.
Podsumowanie
Tuscany Trail dał mi dokładnie to, czego szukałem – i sporo rzeczy, których się nie spodziewałem. Tak jak przewidywałem, widoki na trasie były piękne i warte zapamiętania, ale to właśnie głód i oczekiwanie na otwarcie knajpy, prysznic z publicznością czy cierpienie Seweryna zostaną w pamięci najdłużej.
Taki klimat wypraw rowerowych zdecydowanie wpisuje się w moje upodobania i mam nadzieję, że będzie ich więcej w przyszłości. Wspólnie z Sewerynem mamy już nawet plan, jaka trasa będzie następna i jak uda nam się go zrealizować, to relacja pewnie się tutaj pojawi.
Udział w takim wydarzeniu to też doskonała okazja, żeby zwiedzić mniej turystyczne miejsca. Ja osobiście myślę, że zmieniłem trochę podejście do długich wyjazdów samochodem na wakacje. Dotychczas widziałem w tym tylko czas potrzebny na dojazd oraz zmęczenie z powodu samej jazdy. Teraz widzę w tym elastyczność, no i fakt, że mogę zabrać rower.
Większość wyjazdów z Helą kończy się stworzeniem fotoksiążki i filmu, który pokazujemy rodzinie i znajomym. To samo chciałem przenieść na inne wyjazdy, ale idzie mi słabo. Ze wspomnianego objazdu Tatr film jeszcze nie powstał. Tym razem miało być inaczej i wszystko miało być gotowe do dwóch tygodni po powrocie (Seweryn, nie martw się, powoli, bo powoli, ale coś tam montuję). Jak film powstanie, to może nawet go tu wrzucę. Także trzymajcie kciuki, żebym w końcu wziął się poważnie za to zadanie.

