Po krótkim wyskoku do Toskanii wracamy do tajskiej serii. Dni w Bangkoku i Chiang Mai były dość intensywne, dlatego koniec podróży poślubnej miał być czasem na zwolnienie tempa i zwyczajny odpoczynek.
Pogoń za samolotem
Zanim jednak wsiadliśmy do samolotu, czekała nas jeszcze 10-godzinna podróż pociągiem z Chiang Mai.
Rezerwując lot na Koh Samui, nie wiedzieliśmy jeszcze, jak działa kolej w Tajlandii. Założyliśmy pesymistycznie, że z punktualnością bywa różnie i zostawiliśmy sobie spory zapas czasu. Do tego popełniliśmy jedno niedopatrzenie. Nie zauważyliśmy, że pociąg zatrzymuje się na stacji kolejowej przy lotnisku, z którego wylatywaliśmy, dlatego doliczyliśmy jeszcze bezpieczny czas dojazdu z centrum Bangkoku. W efekcie czekało nas ponad 12 godzin oczekiwania na samolot.
Mieliśmy dwie opcje. Mogliśmy wysiąść z pociągu na stacji przy lotnisku i spróbować przebukować bilety na wcześniejszy lot. Ryzyko było jednak takie, że jeśli się nie uda, to utkniemy tam na pół dnia. Drugą opcją było poszukanie czegoś do zobaczenia w centrum czy na obrzeżach Bangkoku.
Wybraliśmy lotnisko. Byłem nastawiony dość sceptycznie, ale Hela tak mocno wierzyła, że się uda, że w końcu dałem się przekonać.
Na lotnisku byliśmy przed 6 rano. W okienku dowiedzieliśmy się, że możemy przełożyć lot nawet na najbliższy, o 7. Zapytałem, czy zdążymy nadać bagaż i przejść kontrolę bezpieczeństwa. Pani bez wahania odpowiedziała, że oczywiście, więc się zgodziliśmy. Ta przyjemność kosztowała nas 1000 batów na osobę.
Przyznam szczerze, że to było dość szalone, bo w normalnych warunkach nie mielibyśmy szans zdążyć. Nadanie bagażu trwało zdecydowanie za długo, a przy bramkach bezpieczeństwa musieliśmy prosić ludzi, żeby przepuścili nas do przodu. Na szczęście jedna z pracownic lotniska zlitowała się nad nami i przeprowadziła nas przez kontrolę razem z personelem. Biegliśmy do samolotu, słysząc, jak przez głośniki w dość zabawny sposób wyczytują nasze nazwisko. Na domiar złego oczywiście nasza bramka była na samym końcu terminala...
Odrobiną stresu i sprintem przez terminal zapłaciliśmy za cały dzień więcej w raju. Chyba uczciwy deal, co?
Promem do raju
Skoro do Surat Thani przylecieliśmy dużo wcześniej, kupione wcześniej bilety na prom stały się bezużyteczne. W pierwotnym planie mieliśmy przenocować w mieście i ruszyć na Koh Samui wczesnym rankiem. Jeszcze w samolocie kupiliśmy nowe bilety na prom z transferem z lotniska i zarezerwowaliśmy dodatkową noc w miejscu, w którym i tak mieliśmy mieszkać na wyspie.
Z lotniska do portu zawiózł nas mały busik. Sam transfer promem trwał, jeśli dobrze pamiętam, ok. 1,5 godziny. Potem jeszcze taksówka i już byliśmy na miejscu. I po raz kolejny czas, który Hela poświęciła na szukanie noclegu, się opłacił. Zamieszkaliśmy w Grand Manita Beach Resort w Lamai – kameralnym hotelu z basenem otoczonym tropikalnym ogrodem, kilka kroków od plaży. Do tego Lamai okazało się świetną bazą do zwiedzania, bo stąd blisko było i do targu, i do punktu widokowego, i na południe wyspy.
Wat Phra Yai
Na wyspie możemy zobaczyć kilka wyjątkowych posągów. Pierwszy z nich stoi w Wat Phra Yai, czyli świątyni Wielkiego Buddy, w północno-wschodniej części wyspy. Żeby być precyzyjnym, nie stoi na samej Koh Samui, tylko na małej wysepce Koh Faan, połączonej z nią krótką groblą. Posąg widać z daleka i założę się, że pasażerowie samolotów lądujących na pobliskim lotnisku zauważają go jako jedną z pierwszych rzeczy na wyspie.
Złota figura sprawia wrażenie wiekowej, a tymczasem postawiono ją dopiero w 1972 roku. Budda mierzy ok. 12 metrów i siedzi w pozie zwycięstwa nad Marą, najczęściej spotykanej w tajskich świątyniach. Lewa dłoń spoczywa na podołku, a prawa jest przełożona przez kolano, z palcami skierowanymi w dół. To gest przywołania ziemi na świadka. Według legendy, gdy Budda medytował tuż przed osiągnięciem oświecenia, demon Mara próbował go powstrzymać, zsyłając pokusy i armię demonów. Budda dotknął wtedy ziemi, a z niej wyłoniła się bogini Thorani. Wyżęła wodę ze swoich długich włosów i wywołała powódź, która zmyła Marę razem z jego wojskiem.
Do posągu prowadzą szerokie schody, których balustrady tworzą dwa wijące się węże naga. Wokół figury wisi rząd dzwonów i każdy może w nie uderzyć drewnianym młoteczkiem na szczęście. To nie tylko atrakcja dla turystów, ale wciąż żywe miejsce kultu. Rano przychodzą tu mnisi, a mieszkańcy składają ofiary z kwiatów, owoców i kadzideł. U podnóża ciągną się stragany z jedzeniem, amuletami i pamiątkami, a z góry roztacza się piękny widok na zatokę.
Wat Plai Laem
Kilka minut jazdy od Wielkiego Buddy znajduje się kolejny wyjątkowy posąg, a cała świątynia jest zupełnie inna od poprzedniej. Wat Plai Laem powstał na początku XXI wieku i łączy tradycję tajską z chińską. Kompleks zbudowano nad jeziorem, więc pawilony i figury wyglądają, jakby unosiły się na wodzie. Główną postacią nie jest tu Budda, tylko osiemnastoręka Guanyin, bogini miłosierdzia i współczucia. To jedna z najważniejszych postaci buddyzmu w Chinach i całej Azji Wschodniej. Wielu turystów i tak bierze ją za Buddę, bo przecież stoi w buddyjskiej świątyni. Ramiona rozłożone ma wachlarzowo, a w każdej dłoni trzyma inny przedmiot. Ich liczba symbolizuje zdolność niesienia pomocy w każdym kierunku i każdemu, kto jej potrzebuje. Guanyin jest też czczona jako opiekunka płodności i modlą się do niej osoby pragnące zdrowego potomstwa.
Po drugiej stronie jeziora siedzi wielki, biały Śmiejący się Budda. Ten pulchny, łysy i wiecznie uśmiechnięty jegomość z workiem w ręku symbolizuje dobrobyt i zadowolenie, a w chińskiej tradycji uchodzi za wcielenie Buddy przyszłości. Podobno pocieranie jego brzucha przynosi szczęście i pieniądze. My tego nie zrobiliśmy, więc niestety nie mogę potwierdzić, że to działa.
Spacerując po kompleksie, warto też zerknąć na samą wodę – jezioro pełne jest ogromnych sumów, a kupienie dla nich karmy to w buddyjskim rozumieniu dobry uczynek, który przynosi zasługi. Na terenie kompleksu znajdziemy również mniejsze kapliczki hinduskich bóstw, m.in. Ganeśi, Wisznu i Śiwy.
Targ targowi nierówny
Drugiego wieczoru postanowiliśmy odwiedzić lokalny nocny market i wybraliśmy ten, który był najbliżej nas. Muszę przyznać, że od razu skojarzył mi się z naszymi zlotami food trucków. Stoiska wyglądały bardzo nowocześnie, a w tle leciała dobrze nam znana muzyka. Niby fajnie, ale coś mi tu nie pasowało. Na każdym kroku czuć było, że to miejsce jest stworzone pod turystów. Obok tradycyjnych tajskich dań można było zjeść potrawy z różnych stron świata, co dość jednoznacznie pokazywało, kto był tutaj głównym klientem. Nie zrozumcie mnie źle, nie krytykuję tego miejsca. Zjeść można było dobrze i przyjemnie spędzić wieczór. Po prostu nie tego szukaliśmy.
Przenosząc się 400 metrów dalej, można było poczuć zupełnie inny klimat na Lamai Fresh Food Markecie. Miejsce jest zdecydowanie częściej odwiedzane przez lokalnych mieszkańców wyspy. Obok strefy street foodowej znaleźć tu można stoiska ze świeżym mięsem, owocami, warzywami, przyprawami i owocami morza. Zapachu, który tam się unosił nie da się opisać – trzeba go poczuć na własnej skórze, a raczej na własnym nosie.
Punkt widokowy i bezpieczeństwo po tajsku
Na Koh Samui nie brakuje punktów widokowych. Po drodze na jeden z nich (którego finalnie nie znaleźliśmy, bo Google Maps wprowadziło nas w błąd) minęliśmy bawoła, który chłodził się w prowizorycznym oczku wodnym.
Drugim punktem widokowym na naszej liście było miejsce rozpromowane ostatnimi czasy przez social media – Overlap Stone 2. Po przyjemnym spacerze przez dżunglę w końcu wdrapaliśmy się na górę. Widok bardzo mi się podobał, czego nie mogę powiedzieć o infrastrukturze. Wyglądało to tak, jakby ktoś zapomniał zamontować tam barierek bezpieczeństwa.
Przez mój lęk wysokości byłem przerażony i większość czasu trzymałem się z dala od krawędzi. Heli natomiast nic nie przeszkadzało. Z pełnym luzem wchodziła wszędzie – raz na wystające skały, raz na podest w kształcie dłoni – a moje serce za każdym razem biło szybciej.
Na górze był tylko mały sklepik, ale coś się tam budowało. Możliwe, że dziś można już tam usiąść i wypić kawę z tym cudownym widokiem.
Wat Ratchatham Maram – czerwona świątynia
Na południu wyspy, nad plażą Hua Thanon, stoi świątynia zupełnie niepodobna do tych, które widzieliśmy wcześniej. Wat Ratchathammaram, znana też jako Wat Sila Ngu, przez wszystkich nazywana jest po prostu czerwoną świątynią. Nie ma tu złota, luster ani kolorowych mozaik. Cały budynek ma jeden ceglasto-terakotowy kolor.
Ściany zamiast typowych malowideł pokrywają płaskorzeźby przedstawiające sceny z Ramakien, tajskiej wersji Ramajany, z małpim wojownikiem Hanumanem na czele. Są tu też Ganeśa, niebiańskie tancerki i olbrzymi strażnicy yaksha pilnujący wejścia. Warto podejść bliżej, bo ten detal jest niesamowity.
Przy samym brzegu stoi złota czedi Phra That Sila Ngu, ważne miejsce kultu dla mieszkańców wyspy. W 1962 roku oddała jej hołd para królewska i od tego czasu co roku 24 kwietnia odbywają się tu uroczystości. Ze świątyni schodzi się na małą, spokojną zatoczkę z pięknym widokiem na morze.
Angthong National Marine Park – niespełnione marzenie
Ostatniego dnia mieliśmy popłynąć do Parku Narodowego Mu Ko Ang Thong. Według wielu przewodników to najlepsza wycieczka, jaką można zrobić z Koh Samui. Byłem nią bardzo podekscytowany i obok nurkowania to właśnie ona była głównym powodem, dla którego wybraliśmy tą wyspę.
Niestety, poranek przywitał nas deszczem, a dokładniej sporą ulewą. Nadzieja jednak w nas nie gasła, bo przecież zaraz miało się rozpogodzić. Staliśmy więc w umówionym miejscu i nerwowo zerkaliśmy na drogę, wypatrując busa, który miał nas zabrać. Minęła ponad godzina, a bus się nie pojawił. Nie dostaliśmy też żadnej wiadomości, choć oboje już wiedzieliśmy, że z wycieczki nic nie będzie. Sklep, w którym ją kupiliśmy, był niedaleko, więc poszliśmy to wyjaśnić. Pan potwierdził, że wyjazd odwołano z powodu pogody, i zwrócił nam pieniądze. Najgorsze było to, że chwilę po naszym powrocie do pokoju wyszło słońce.
Sam park to archipelag 42 wysp z wapiennymi klifami, plażami i tropikalnymi lasami pełnymi dzikiej przyrody. Polecam poszukać zdjęć, bo słowami trudno oddać, jak to wszystko wygląda.
To miejsce wciąż jest na mojej liście podróżniczych marzeń i mam nadzieję, że kiedyś uda mi się je spełnić.
Plan był inny
Z tym odpoczynkiem nie do końca wyszło tak, jak planowaliśmy. Czas spędzaliśmy dość intensywnie, ale chyba po prostu nie umiemy inaczej. Oczywiście znaleźliśmy też chwilę na relaks przy basenie, skosztowanie pysznego lokalnego jedzenia i spacery po plaży.
W pierwszym wpisie tej serii wspomniałem o nurkowaniu na Koh Tao, a do tej pory nic się o nim nie pojawiło. Muszę przyznać, że z blogowaniem idzie mi gorzej, niż zakładałem. Myślałem, że wpisy będą wychodzić częściej, ale albo poprawiam je po kilkanaście razy, albo zwyczajnie brakuje mi czasu. Tak czy inaczej, tajska seria zbliża się do końca, a wpis o nurkowaniu pojawi się za kilka dni – dni, nie tygodni.

